Villtur wciągnął ostentacyjnie powietrze sprawiając wrażenie tropiącego wilka.
- I co? - zapytał niecierpliwie Seren. - Wyczuwasz coś?
- Coś? Czuję świeżą zieleń drzew mora rosnących w pobliskich górach, zimno nadchodzących z północy mrozów, mech...
- Villtur! Nie o to mi chodzi! - Seren zmrużył gniewnie oczy, przez co wydawał się bardziej dziecinny niż zwykle. - Co z nimi? Są tu jeszcze?
- Bogowie? Nie, zniknęli na dobre. Pewnie wynieśli się zaraz po tym, jak świątynia popadła w ruinę. - kopnął kamień na oko pochodzący ze sklepienia, w którym ziała wielka dziura. - Najeźdźcy? Wynieśli się z okolicy tak dawno, że trudno mi określić, z której strony świata ich tu przygnało. Pewnie zabawili tu kilka dni, żarli, rżnęli co popadnie i napawając się zwycięstwem odeszli.
- Niech ich otchłań Cermena pochłonie! - Seren rozejrzał się po tym, co pozostało z okazałej świątyni Sina, boga burzy. Pochodnie leżały na spękanej posadce, a snopy księżycowego światła wlewały się przez liczne dziury stropu. Krystaliczne odłamki kolorowych niegdyś witraży odbijały światło nieba tworząc mroczne miraże na sypiących się ścianach. Wszędzie panował nieład, wiatr nawiał mnóstwo zeschłych liści, zwierzęta, które niegdyś bały się zbliżać do miejsca kultów, teraz często odwiedzały ruinę. Świadczyły o tym liczne odchody i truchła. Seren ze łzami w szafirowych oczach stał niczym posąg. Rozpacz malowała się na jego chłopięcej twarzy.
