Aki kupił kolorowy bukiecik i raźnym
krokiem ruszył korytarzem szpitala. Za pokojem zabiegowym skręcił
w lewo i wyszedł na klatkę schodową. Mógł jechać windą, ale
potrzebował chwili. Musiał zebrać się w sobie, udawać, że
wszystko gra i podnieść matkę na duchu. Przynajmniej tyle mógł
zrobić. Gdy lekko dysząc wszedł na oddział powitały go uśmiechy
znajomych pielęgniarek. Bywał tu niemal codziennie, by choć trochę
odwrócić myśli matki od bólu i smutku.
- Aki, kochanie – przywitała go słabo matka, gdy wszedł. Uśmiechnęła się przy tym słodko, tak, jak tylko ona potrafiła.
- Cześć mamo – odpowiedział z uśmiechem, podszedł i pocałował ją w czoło. - Najwyższy czas na wymianę kwiatków. Dziś są takie, mogą być?
- Och synku, są cudowne jak zawsze – jej oczy żywiły się kolorami przeróżnych kwiatów. Bukiecik nie był duży, ale wyjątkowo piękny. Tylko na taki było go stać i to tylko dla tego, że w kwiaciarni pracowała ich była sąsiadka. - Jak w szkole?
- Wszystko dobrze, dalej mam odpowiednią średnią, ćwiczę. Moja klasa jakoś mnie toleruje, więc chyba nie ma na co narzekać, hmm? - puścił jej oczko.
- Cieszę się skarbie, nawet nie wiesz jaka jestem dumna. - odparła ze łzami w oczach. - A jak tata?
- Dostał właśnie kilka zleceń na naprawę drobnego sprzętu, wiesz, telewizory, radia itd.
- Całe szczęście. Nauczyłeś się już gotować? - zachichotała.
- Mamo! Uczyłem się cały czas, teraz się wprawiam, do tego koleżanki mnie poduczyły. Jakby tego było mało, coraz częściej mnie dokarmiają, chyba chcą mnie utuczyć! - oburzył się na żarty Aki.
- Hahaha, no i wcale im się nie dziwię powinieneś przybrać na wadze, chuchro z Ciebie.
- Jem ile trzeba, po prostu mam dobrą przemianę materii – odparł z uśmiechem.
Aki żartował, opowiadał i rozmawiał
z nią przez godzinę, zanim przyszła pielęgniarka niosąca tackę
z lekami. Uśmiechnęła się miło i podała matce małe białe
tabletki, po czym podpięła kroplówkę z morfiną. Akiego zawsze to
dobijało, więc postanowił się zbierać. Poza tym matka i tak
szybko po tym zasypiała. Pocałował ją w czoło i wyszedł.
Postanowił porozmawiać z lekarzem, czego szybko pożałował.
Okazało się, że co prawda poprzednia operacja się udała i
możliwe, że wypuszczą matkę na dwa, może trzy dni, ale badania
wykazały zbiór niewielkich guzków w okolicy wątroby. Lekarz
przypuszcza, że nawet jeśli kolejna operacja się uda, matce nie
został więcej niż rok, a i to w bardzo optymistycznej wersji.
Chłopak trzymał się jako tako dopóki nie wyszedł ze szpitala.
Nie chciał płakać, nie przy ludziach, ale zły same cisnęły mu
się do oczu. Co raz wycierał je rękawami bluzy. Szlag! Szlag!
Niech to wszystko szlag! Jego myśli eksplodowały w głowie.
Widział, że lekarz nie mówił prawdy, w tym stanie jeśli dożyje
sześciu miesięcy to będzie cud. Szlag! Dlaczego musiał ich tak
bardzo kochać, co?! Nie mógł być wyrodnym synem, który pije i
ćpa mając cały świat w dupie?! Poszedł do parku, usiadł na
ławce, podciągnął kolana i schował twarz. Był totalnie
zagubiony i panicznie się bał. Bał się, że jej zabraknie, że
sobie nie poradzi, że zostaną z ojcem sami. Bał się, że będzie
cierpiała, że będzie przerażona, a on musi być przy niej i dla
niej silny. I nie miał nikogo, z kim mógłby podzielić się
wszechogarniającym go strachem. Okiełznać go, wcisnąć do kąta.
Szlag!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz