Słońce powoli
sięgało zenitu, gdy Julienne otworzyła oczy. Przez chwilę leżała bez ruchu,
lecz jedno spojrzenie za okno wystarczyło, by poderwała się na nogi. Jak mogła
tyle spać?! Fakt, że bal przedłużył się do wczesnych godzin porannych nic a nic
jej nie tłumaczył. Pociągnęła za sznurek zawieszony na ścianie przy oknie i po
chwili zjawiła się służąca.
- W czym mogę
pomóc, Pani? – zapytała kłaniając się.
- Metri pomóż
mi się ogarnąć, proszę. Nie umiem się pozbierać. – odpowiedziała Julienne starając się jednocześnie czesać, ubierać i zerkać na zegarek. – Salvatore już
przyszedł?
- Nie, Pani.
Stajennego Salvatore jeszcze nie ma. Wrócił do pokoju kiedy odesłał ostatnich
gości. – powiedziała i zaczęła czesać Julienne. Dziewczyna miała sięgające pasa,
mocno kręcone kasztanowe włosy. Gdzieniegdzie pasma jaśniały ogniście tworząc
rude pasemka, co przykuwało uwagę, choć było całkiem naturalne – dziewczyna nigdy
nie myślała nawet o barwieniu włosów. – Jakieś życzenia co do fryzury,
panienko?
- Zapleć mi
warkocz Metri, będę jeździła więcej niż zwykle. A potem przygotuj proszę strój
jeździecki, nie mam czasu na ceremoniały, sukienki i przebierania. Zjem
śniadanie i biegnę do stajni. Nie chcę się spóźnić. Beatrice i Carla już
wstały?
- Z tego, co
mi wiadomo, jeszcze nie. Panienki wróciły do pokoi, gdy słońce stało już wysoko…
- I dobrze.
Puszczalskie dziewuchy…
- Panienko! –
ofuknęła ją młoda niewolnica.
- Dobrze
wiesz, że mam rację. To moje siostry i będę mówiła, co mi się podoba. Tylko
przy tobie mogę czuć się swobodnie. – zerknęła na Metri, ale ta tylko pokręciła
głową.
Metri była
osobistą służącą Julienne. Dziewczyna nienawidziła niewolnictwa, ale jak na
razie nie zapowiadało się na to, żeby zostało ono zniesione. Jej ojciec
podzielał jej przekonania, ale nie zamierzał odstawać za mocno od reszty, by
nie wyjść na dziwaka. Kupował niewolników, by po czasie tym najlepszym wypłacać
pewne sumy, zależnie od jakości ich pracy. Julienne była mu za to wdzięczna.
Pewnego zimowego dnia, gdy miała dwanaście lat, uprosiła Biagio, by zabrał ją
ze sobą daleko do wschodniego portu, gdzie miały przypłynąć statki pełne ludzi
różnego pochodzenia. Na sprzedaż. Chciała się przekonać, jak to wygląda i jak
inni traktują swoje „nabytki”. Początkowa ekscytacja szybko zmieniła się w
przerażenie, gdy tylko zobaczyła jak brutalnie ci ludzie są wpychani do klatek
i traktowani jak świnie: ta jest silna, ta zdrowa, ta zna dwa języki. Wszyscy
Ci ludzie pomimo mrozu byli nadzy, by móc jak najlepiej przyjrzeć się potencjalnym
nabytkom. Julienne paliły ze wstydu policzki i postanowiła przyjrzeć się tylko
kobietom. I wtedy właśnie zobaczyła młodziutką dziewczynę o skórze koloru
czekolady i krótko obciętych, ciemnych kręconych włosach. Mogła być trzy, może
cztery lata starsza od Julienne. Trzęsła się z zimna, ukradkiem ocierając łzy
próbujące spływać do twarzy. Kilku mężczyzn stało blisko klatki, wkładając ręce
do środka i starając się ją uścisnąć tu i ówdzie. Julienne chwyciła ojca za
rękę nie zważając na to, że właśnie ubijał z kimś interes i zażądała, by kupił
jej Murzynkę.
- Julienne,
będzie za młoda, nie pomoże Ci jak należy. Nawet nie wiem czy zna język. –
starał się pertraktować Biagio.
- To ją
nauczę! Zobacz jak oni ją traktują! Tato ona się trzęsie z zimna, błagam, nie
mogę na to patrzeć. Nie będę prosiła o nic więcej przez następne pół roku,
tylko błagam kup ją. Na pewno się sprawdzi i będzie cudowna, zobaczysz! – Julienne spojrzała na ojca oczami pełnymi łez, bynajmniej nie wymuszonymi.
-Julienne… -
ojciec spojrzał na mulatkę. Przyglądała się sytuacji bez emocji, wiedząc, że
nic nie może zrobić. – Dobrze. Kochanie dobrze, tylko nie płacz już. Eben! Chcę
tą kobietę! – krzyknął na sprzedającego.
- Drogi hrabio
nie jesteś jedyny, w zasadzie mam już kupca, który oferuje mi spore pieniądze
za tą śliczną panienkę. – wyszczerzył się chytrze wskazując na hrabiego
Ostazza.
- Zapłacę Ci
dwa razy tyle, dziewczyna będzie moja. – powiedział spokojnie.
- Hrabio,
widzę, że bardzo kochasz swoją córeczkę, skoro aż tak ją rozpieszczasz. –
spróbował pogłaskać Julienne po głowie, ale ta wściekle uderzyła w jego rękę.
- Nie waż się
mnie dotykać! – krzyknęła na handlarza, który niespodziewanie się speszył.
- Dobrze już
dobrze, płaćcie i zbierajcie się stąd. – odparł odzyskując rezon. Biagio dobrze
wiedział, że przepłacił, ale wiedział, że było warto i nie tylko ze względu na
córkę. Dobrze wiedział, do czego Ostazza wykorzystywał młode niewolnice i na
samą myśl robiło mu się niedobrze. Nigdy żadnej kobiety nie potraktowałby w
taki sposób. Żadnej.
Gdy tylko
została wypuszczona, dostała cienką suknię sięgającą łydek. Eben klepnął ją w
tyłek i bosą odesłał do Ostaccich. Julienne już zdjęła płaszczyk, żeby ją
okryć, ale Biagio powstrzymał ją ręką.
- Ubierz się,
bo Twoja matka mnie zabije jeśli się rozchorujesz. – wcisnął jej do ręki
sakiewkę. – Weź Barna i kupcie coś dziewczynie. – Uśmiechnął się delikatnie do
mulatki i ruszył dokończyć przerwaną rozmowę.
Julienne chwyciła ją za rękę, kiwnęła na Barna i pociągnęła niewolnicę do sklepu. Metri
trochę krzywiła się, gdy śnieg mroził ją w stopy, ale nie protestowała. W
zasadzie trochę się dziwiła zaistniałej sytuacji. Poprzedni właściciel dbał
jedynie o to, żeby miała zasłonięte biodra i piersi, reszta go nie obchodziła.
- Znasz elyreński
panienko? – zapytała Julienne odwracając się do dziewczyny.
- Ja… Proszę,
niech mnie tak Pani nie nazywa. Nie wypada panience. Nazywam się Metri. Tak dość
dobrze rozumiem elyreński, panienko. – odpowiedziała speszona dziewczyna.
- To dobrze.
Wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, zaraz kupię Ci górę ubrań i już nie pozwolę Ci
marznąć! – uśmiechnęła się zawadiacko nowa pani Metri.
- Panienko ja…
Panienki ojciec nie będzie zadowolony… - starała się poskromić entuzjazm młodej
damy Metri.
- Ojciec dał
mi tyle ile uznał za słuszne. To pieniądze na moje wydatki tutaj. Ale teraz
najważniejsza jesteś dla mnie ty! – wciągnęła ją do sklepu. – Dzień dobry!
Poproszę ubrania dla tej panienki. Sukienki, płaszcz, rajtuzy, bieliznę i buty
i wszystko, co potrzebne na początku. – wyjęła z sakiewki większość pieniędzy,
niewiele zostawiając na osobiste wydatki. Pracownicy unieśli brwi, ale
zobaczywszy pieniądze i determinację na twarzy Julienne, zaraz wzięli się do
pracy. Po pół godzinie Metri była grubo ubrana, w ręce trzymała torbę pełną
ubrań i najpotrzebniejszych rzeczy. Nawet Barn dostał ciepłe rękawice i kaftan
od panienki. Metri była oszołomiona. Nigdy nie posiadała niczego na własność,
nigdy nikt się o nią nie troszczył, a doświadczenie mówiło, że arystokraci to
odrażający i bezduszni ludzi. Tymczasem ta dziewczynka, bo trudno było myśleć
inaczej o tej młodej panience o twarzy dziecka, z płaczem błagała ojca, by
pomógł niewolnicy. Wiedziała, jak bardzo przepłacił, a jednak wahał się tylko
przez chwilę. Ten człowiek musiał bezgranicznie kochać swoją córkę. Metri
spojrzała do torby, znalazła szczotkę, notatniki, gąbki i masę różnych
przedmiotów. Spojrzała na panienkę, a ta uśmiechnęła się niczym aniołek.
- Zapewne
jesteś głodna. Barn też nieco zmarzł. Idziemy coś zjeść! – postanowiła Julienne.
–A właśnie. Nie przedstawiłam się, nazywam się Julienne Ostacci, a mój tato to
Biagio Ostacci. Jest hrabią i jednocześnie dowódcą w wojsku króla. Mam
dwanaście lat, a moje siostry ciągle mówią, że zachowuję się jak nieokrzesana i
niedorosła dziewucha, ale ja się nimi nie przejmuję! Nigdy nie chcę być taka
jak one! – niesamowite, jak wiele emocji można było wyczytać ze słów, gestów i
mimiki tej młodej dziewczyny. Metri przyzwyczaiła się do dumnych i wyniosłych
dam, które poniewierały nią na każdym kroku. Panienka Julienne była zupełnie inna,
dziecinna, ale zupełnie szczera i po prostu dobra, jak jej ojciec. Metri jakoś
potrafiła wyczuć ludzi, od razu zauroczyła ją jej nowa pani.
Po posiłku
poszli poszukać ojca panienki. Wpadli na niego, gdy wracał z placu targowego z
trzema mężczyznami i dwiema kobietami, ludźmi w różnym wieku i kolorze.
- Julienne!
Widzę, że dobrze zadbałaś o dziewczynę. – pogłaskał córkę po głowie. – Metri,
tak się nazywasz, prawda? Potrzebujesz pomocy medyka?
- Nie panie,
dziękuję. Wszystko ze mną dobrze, jestem zdrowa. Panienka zadbała o wszystko. –
skłoniła się Biagio.
- W takim
razie ruszamy niezwłocznie do domu, przed nami dwa dni drogi. Nasi nowi
przyjaciele pojadą drugim powozem razem ze strażą. Jeśli będziecie potrzebowali
postoju nie krępujcie się o tym powiedzieć. – spojrzał na nich, ci kiwnęli
głowami, że zrozumieli, po czym ruszyli za Biagio i Julliene.
Przyjaciele?
Hrabia naprawdę tak o nich powiedział? Metri spojrzała na resztę. Wszyscy byli
równie oszołomieni. Biagio również zadbał, by niepotrzebnie nie marzli i
napełnili brzuchy. Powoli w dziewczynie rodziła się nadzieja, że może jej życie
będzie wreszcie znośne, nawet jeżeli nie będzie wolna.
Gdy Metri
skończyła czesać panienkę, dobrzała jej odpowiedni strój i pomogła się szybko
ubrać.
- Niech
panienka już biegnie, ja sprzątnę pokój. – pogoniła Julienne dziewczyna.
- Dziękuję
Metri, twoja pomoc jest nieoceniona! – panienka pocałowała służącą w policzek i
wybiegła. Ta zaśmiała się cicho – nie pomyliła się co do panienki. Zazwyczaj
radosna Julienne podrosła i powoli zmieniała się w wyjątkowo piękną kobietę. Co
prawda dojrzewała, ale dalej była dobrą i serdeczną Panią. Po prawdzie były
sobie bliskie jak siostry, Metri oddałaby za panienkę życie i obawiała się, że w
drugą stronę było podobnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz