sobota, 21 marca 2015

Historia Metri


Słońce powoli sięgało zenitu, gdy Julienne otworzyła oczy. Przez chwilę leżała bez ruchu, lecz jedno spojrzenie za okno wystarczyło, by poderwała się na nogi. Jak mogła tyle spać?! Fakt, że bal przedłużył się do wczesnych godzin porannych nic a nic jej nie tłumaczył. Pociągnęła za sznurek zawieszony na ścianie przy oknie i po chwili zjawiła się służąca.
- W czym mogę pomóc, Pani? – zapytała kłaniając się.
- Metri pomóż mi się ogarnąć, proszę. Nie umiem się pozbierać. – odpowiedziała Julienne starając się jednocześnie czesać, ubierać i zerkać na zegarek. – Salvatore już przyszedł?
- Nie, Pani. Stajennego Salvatore jeszcze nie ma. Wrócił do pokoju kiedy odesłał ostatnich gości. – powiedziała i zaczęła czesać Julienne. Dziewczyna miała sięgające pasa, mocno kręcone kasztanowe włosy. Gdzieniegdzie pasma jaśniały ogniście tworząc rude pasemka, co przykuwało uwagę, choć było całkiem naturalne – dziewczyna nigdy nie myślała nawet o barwieniu włosów. – Jakieś życzenia co do fryzury, panienko?
- Zapleć mi warkocz Metri, będę jeździła więcej niż zwykle. A potem przygotuj proszę strój jeździecki, nie mam czasu na ceremoniały, sukienki i przebierania. Zjem śniadanie i biegnę do stajni. Nie chcę się spóźnić. Beatrice i Carla już wstały?
- Z tego, co mi wiadomo, jeszcze nie. Panienki wróciły do pokoi, gdy słońce stało już wysoko…
- I dobrze. Puszczalskie dziewuchy…
- Panienko! – ofuknęła ją młoda niewolnica.
- Dobrze wiesz, że mam rację. To moje siostry i będę mówiła, co mi się podoba. Tylko przy tobie mogę czuć się swobodnie. – zerknęła na Metri, ale ta tylko pokręciła głową.
Metri była osobistą służącą Julienne. Dziewczyna nienawidziła niewolnictwa, ale jak na razie nie zapowiadało się na to, żeby zostało ono zniesione. Jej ojciec podzielał jej przekonania, ale nie zamierzał odstawać za mocno od reszty, by nie wyjść na dziwaka. Kupował niewolników, by po czasie tym najlepszym wypłacać pewne sumy, zależnie od jakości ich pracy. Julienne była mu za to wdzięczna. Pewnego zimowego dnia, gdy miała dwanaście lat, uprosiła Biagio, by zabrał ją ze sobą daleko do wschodniego portu, gdzie miały przypłynąć statki pełne ludzi różnego pochodzenia. Na sprzedaż. Chciała się przekonać, jak to wygląda i jak inni traktują swoje „nabytki”. Początkowa ekscytacja szybko zmieniła się w przerażenie, gdy tylko zobaczyła jak brutalnie ci ludzie są wpychani do klatek i traktowani jak świnie: ta jest silna, ta zdrowa, ta zna dwa języki. Wszyscy Ci ludzie pomimo mrozu byli nadzy, by móc jak najlepiej przyjrzeć się potencjalnym nabytkom. Julienne paliły ze wstydu policzki i postanowiła przyjrzeć się tylko kobietom. I wtedy właśnie zobaczyła młodziutką dziewczynę o skórze koloru czekolady i krótko obciętych, ciemnych kręconych włosach. Mogła być trzy, może cztery lata starsza od Julienne. Trzęsła się z zimna, ukradkiem ocierając łzy próbujące spływać do twarzy. Kilku mężczyzn stało blisko klatki, wkładając ręce do środka i starając się ją uścisnąć tu i ówdzie. Julienne chwyciła ojca za rękę nie zważając na to, że właśnie ubijał z kimś interes i zażądała, by kupił jej Murzynkę.
Julienne, będzie za młoda, nie pomoże Ci jak należy. Nawet nie wiem czy zna język. – starał się pertraktować Biagio.
- To ją nauczę! Zobacz jak oni ją traktują! Tato ona się trzęsie z zimna, błagam, nie mogę na to patrzeć. Nie będę prosiła o nic więcej przez następne pół roku, tylko błagam kup ją. Na pewno się sprawdzi i będzie cudowna, zobaczysz! – Julienne spojrzała na ojca oczami pełnymi łez, bynajmniej nie wymuszonymi.
-Julienne… - ojciec spojrzał na mulatkę. Przyglądała się sytuacji bez emocji, wiedząc, że nic nie może zrobić. – Dobrze. Kochanie dobrze, tylko nie płacz już. Eben! Chcę tą kobietę! – krzyknął na sprzedającego.
- Drogi hrabio nie jesteś jedyny, w zasadzie mam już kupca, który oferuje mi spore pieniądze za tą śliczną panienkę. – wyszczerzył się chytrze wskazując na hrabiego Ostazza.
- Zapłacę Ci dwa razy tyle, dziewczyna będzie moja. – powiedział spokojnie.
- Hrabio, widzę, że bardzo kochasz swoją córeczkę, skoro aż tak ją rozpieszczasz. – spróbował pogłaskać Julienne po głowie, ale ta wściekle uderzyła w jego rękę.
- Nie waż się mnie dotykać! – krzyknęła na handlarza, który niespodziewanie się speszył.
- Dobrze już dobrze, płaćcie i zbierajcie się stąd. – odparł odzyskując rezon. Biagio dobrze wiedział, że przepłacił, ale wiedział, że było warto i nie tylko ze względu na córkę. Dobrze wiedział, do czego Ostazza wykorzystywał młode niewolnice i na samą myśl robiło mu się niedobrze. Nigdy żadnej kobiety nie potraktowałby w taki sposób. Żadnej.
Gdy tylko została wypuszczona, dostała cienką suknię sięgającą łydek. Eben klepnął ją w tyłek i bosą odesłał do Ostaccich. Julienne już zdjęła płaszczyk, żeby ją okryć, ale Biagio powstrzymał ją ręką.
- Ubierz się, bo Twoja matka mnie zabije jeśli się rozchorujesz. – wcisnął jej do ręki sakiewkę. – Weź Barna i kupcie coś dziewczynie. – Uśmiechnął się delikatnie do mulatki i ruszył dokończyć przerwaną rozmowę.
Julienne chwyciła ją za rękę, kiwnęła na Barna i pociągnęła niewolnicę do sklepu. Metri trochę krzywiła się, gdy śnieg mroził ją w stopy, ale nie protestowała. W zasadzie trochę się dziwiła zaistniałej sytuacji. Poprzedni właściciel dbał jedynie o to, żeby miała zasłonięte biodra i piersi, reszta go nie obchodziła.
- Znasz elyreński panienko? – zapytała Julienne odwracając się do dziewczyny.
- Ja… Proszę, niech mnie tak Pani nie nazywa. Nie wypada panience. Nazywam się Metri. Tak dość dobrze rozumiem elyreński, panienko. – odpowiedziała speszona dziewczyna.
- To dobrze. Wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, zaraz kupię Ci górę ubrań i już nie pozwolę Ci marznąć! – uśmiechnęła się zawadiacko nowa pani Metri.
- Panienko ja… Panienki ojciec nie będzie zadowolony… - starała się poskromić entuzjazm młodej damy Metri.
- Ojciec dał mi tyle ile uznał za słuszne. To pieniądze na moje wydatki tutaj. Ale teraz najważniejsza jesteś dla mnie ty! – wciągnęła ją do sklepu. – Dzień dobry! Poproszę ubrania dla tej panienki. Sukienki, płaszcz, rajtuzy, bieliznę i buty i wszystko, co potrzebne na początku. – wyjęła z sakiewki większość pieniędzy, niewiele zostawiając na osobiste wydatki. Pracownicy unieśli brwi, ale zobaczywszy pieniądze i determinację na twarzy Julienne, zaraz wzięli się do pracy. Po pół godzinie Metri była grubo ubrana, w ręce trzymała torbę pełną ubrań i najpotrzebniejszych rzeczy. Nawet Barn dostał ciepłe rękawice i kaftan od panienki. Metri była oszołomiona. Nigdy nie posiadała niczego na własność, nigdy nikt się o nią nie troszczył, a doświadczenie mówiło, że arystokraci to odrażający i bezduszni ludzi. Tymczasem ta dziewczynka, bo trudno było myśleć inaczej o tej młodej panience o twarzy dziecka, z płaczem błagała ojca, by pomógł niewolnicy. Wiedziała, jak bardzo przepłacił, a jednak wahał się tylko przez chwilę. Ten człowiek musiał bezgranicznie kochać swoją córkę. Metri spojrzała do torby, znalazła szczotkę, notatniki, gąbki i masę różnych przedmiotów. Spojrzała na panienkę, a ta uśmiechnęła się niczym aniołek.
- Zapewne jesteś głodna. Barn też nieco zmarzł. Idziemy coś zjeść! – postanowiła Julienne. –A właśnie. Nie przedstawiłam się, nazywam się Julienne Ostacci, a mój tato to Biagio Ostacci. Jest hrabią i jednocześnie dowódcą w wojsku króla. Mam dwanaście lat, a moje siostry ciągle mówią, że zachowuję się jak nieokrzesana i niedorosła dziewucha, ale ja się nimi nie przejmuję! Nigdy nie chcę być taka jak one! – niesamowite, jak wiele emocji można było wyczytać ze słów, gestów i mimiki tej młodej dziewczyny. Metri przyzwyczaiła się do dumnych i wyniosłych dam, które poniewierały nią na każdym kroku. Panienka Julienne była zupełnie inna, dziecinna, ale zupełnie szczera i po prostu dobra, jak jej ojciec. Metri jakoś potrafiła wyczuć ludzi, od razu zauroczyła ją jej nowa pani.
Po posiłku poszli poszukać ojca panienki. Wpadli na niego, gdy wracał z placu targowego z trzema mężczyznami i dwiema kobietami, ludźmi w różnym wieku i kolorze.
Julienne! Widzę, że dobrze zadbałaś o dziewczynę. – pogłaskał córkę po głowie. – Metri, tak się nazywasz, prawda? Potrzebujesz pomocy medyka?
- Nie panie, dziękuję. Wszystko ze mną dobrze, jestem zdrowa. Panienka zadbała o wszystko. – skłoniła się Biagio.
- W takim razie ruszamy niezwłocznie do domu, przed nami dwa dni drogi. Nasi nowi przyjaciele pojadą drugim powozem razem ze strażą. Jeśli będziecie potrzebowali postoju nie krępujcie się o tym powiedzieć. – spojrzał na nich, ci kiwnęli głowami, że zrozumieli, po czym ruszyli za Biagio i Julliene.
Przyjaciele? Hrabia naprawdę tak o nich powiedział? Metri spojrzała na resztę. Wszyscy byli równie oszołomieni. Biagio również zadbał, by niepotrzebnie nie marzli i napełnili brzuchy. Powoli w dziewczynie rodziła się nadzieja, że może jej życie będzie wreszcie znośne, nawet jeżeli nie będzie wolna.

Gdy Metri skończyła czesać panienkę, dobrzała jej odpowiedni strój i pomogła się szybko ubrać.
- Niech panienka już biegnie, ja sprzątnę pokój. – pogoniła Julienne dziewczyna.

- Dziękuję Metri, twoja pomoc jest nieoceniona! – panienka pocałowała służącą w policzek i wybiegła. Ta zaśmiała się cicho – nie pomyliła się co do panienki. Zazwyczaj radosna Julienne podrosła i powoli zmieniała się w wyjątkowo piękną kobietę. Co prawda dojrzewała, ale dalej była dobrą i serdeczną Panią. Po prawdzie były sobie bliskie jak siostry, Metri oddałaby za panienkę życie i obawiała się, że w drugą stronę było podobnie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz