poniedziałek, 28 września 2015

Ruiny Sina





                    Villtur wciągnął ostentacyjnie powietrze sprawiając wrażenie tropiącego wilka.
- I co? - zapytał niecierpliwie Seren. - Wyczuwasz coś?
- Coś? Czuję świeżą zieleń drzew mora rosnących w pobliskich górach, zimno nadchodzących z północy mrozów, mech...
- Villtur! Nie o to mi chodzi! - Seren zmrużył gniewnie oczy, przez co wydawał się bardziej dziecinny niż zwykle. - Co z nimi? Są tu jeszcze?
- Bogowie? Nie, zniknęli na dobre. Pewnie wynieśli się zaraz po tym, jak świątynia popadła w ruinę. - kopnął kamień na oko pochodzący ze sklepienia, w którym ziała wielka dziura. - Najeźdźcy? Wynieśli się z okolicy tak dawno, że trudno mi określić, z której strony świata ich tu przygnało. Pewnie zabawili tu kilka dni, żarli, rżnęli co popadnie i napawając się zwycięstwem odeszli.
- Niech ich otchłań Cermena pochłonie! - Seren rozejrzał się po tym, co pozostało z okazałej świątyni Sina, boga burzy. Pochodnie leżały na spękanej posadce, a snopy księżycowego światła wlewały się przez liczne dziury stropu. Krystaliczne odłamki kolorowych niegdyś witraży odbijały światło nieba tworząc mroczne miraże na sypiących się ścianach. Wszędzie panował nieład, wiatr nawiał mnóstwo zeschłych liści, zwierzęta, które niegdyś bały się zbliżać do miejsca kultów, teraz często odwiedzały ruinę. Świadczyły o tym liczne odchody i truchła. Seren ze łzami w szafirowych oczach stał niczym posąg. Rozpacz malowała się na jego chłopięcej twarzy.

wtorek, 14 kwietnia 2015

News

Tak sobie pomyślałam, że warto byłoby stworzyć sobie bazę z różnymi pojęciami. Czasem podczas pisania mam w głowie czarną dziurę i nie wiem jak coś ująć, jak opisać, od czego zacząć. Dodałam nową stronę. Będę ją aktualizowała za każdym razem, gdy przyjdzie mi do głowy coś ciekawego.

sobota, 4 kwietnia 2015

Słodka zemsta, słodka pokusa

Julienne początkowo nie zamierzała uczestniczyć w balu, na znak protestu, buntu czy jakkolwiek by to nazwać, potem jednak doszła do wniosku, że bardziej odgryzie się siostrom, jeśli przyciągnie do siebie uwagę jak największej ilości gości. Specjalnie na tą okazję zamówiła zdobioną złotym haftem suknię w odcieniach czerwonego wina oraz czerwieni. Koronkowe rękawy kończyły się pętelką z pierścieniami wysadzanymi rubinami. Plecy natomiast zostawały odkryte, przez co jej długie włosy smyrały ją po nich delikatnie. W przeciwieństwie do Beatrice i Carli, Julienne zamówiła delikatną maskę zdobioną piórami i brokatem w tym samym kolorze, co pozwalało na zaczepienie jej na stałe we włosach nie niszcząc fryzury. Całości dopełniały usta pomalowane pomadką w odcieniu ciemnego karmazynu.
Na salę weszła z delikatnie uniesioną brodą, niezbyt dumnie, sprawiając wrażenie delikatnej i speszonej. Goście niemal od razu ją zauważali przerywając rozmowy, delikatnie wskazując ją głową i szeptając wśród muzyki. Tym, których na tym przyłapała przyjaźnie skinęła głową w powitaniu. I co zdziwieni?, pomyślała. Carla gestykulowała i mówiła coś pospiesznie do Beatrice, co Julienne uznała za oznakę zwycięstwa. Mała, nieporadna siostrzyczka tak? Podszedł do niej służący częstując szampanem, wzięła więc lampkę wypełnioną słomkowym płynem. Pociągnęła łyk delektując się słodkim smakiem trunku. Niech je szlag! Wzięły jeden z najlepszych szampanów ojca! Postanowiła porozmawiać z nimi potem i podeszła do znajomych arystokratek ucinając tym samym ich plotki, jak się domyślała po reakcji, na jej temat. Rozmawiała z nimi słodko jak nigdy, co uczyniło je szybko wylewnymi. No cóż, lepiej być na bieżąco, pomyślała. Gdy tylko odłożyła pustą lampkę młody hrabia Delicante poprosił ją do tańca, następnie książę Zicco,a potem Federico. Ten ostatni nie poprzestał na tańcu i pozwolił sobie objąć ją w talii i dyskutować.
  • Strasznie tu duszno, może porozmawialibyśmy spacerując w ogrodzie? - zaproponował w końcu smyrając ją delikatnie.
  • No nie wiem Federico, tam jest ciemno i pusto... - zemsta będzie słodka, raz na zawsze da mu nauczkę za wszystkie próby dobierania się do niej, zwłaszcza, że nigdy nie wyrażała zgody.
  • Nie musisz się obawiać moja pani, przy mnie nic ci nie grozi. - uśmiechnął się książę. Tobie wręcz przeciwnie, książę.
  • Dobrze, chodźmy zatem. - odparła.
Federico nie mógł uwierzyć swojemu szczęściu. Po tylu próbach szanowna Julienne wreszcie zgodziła się na bycie sam na sam i.... No bo po to przecież wychodziło się na spacer, prawda? Ile to razy muskał ją po tym boskim ciele czy próbował pocałować w ramię. Zawsze jednak odtrącała jego względy unosząc się dumą, ale tym razem będzie jego. Julienne za to starannie wybrała nieco oddalone i zacienione miejsce świadoma zaciekawionych spojrzeń, gdy wychodzili razem. Zaniepokoił ją jeden mężczyzna w czarnej jak noc masce, który mignął jej na ułamek sekundy, ale nie zdążyła się przyjrzeć. Znała go czy tylko przypominał jej kogoś znajomego...?
Gdy po kilku minutach spaceru pełnego wynurzeń na temat jej ciała, jak gdyby książę mógł cokolwiek wiedzieć, dotarli do altany. Federico przyparł ją do drewnianej ścianki i zaczął namiętnie całować. Przez chwilę oddawała pocałunki, jednak zaraz jakby przypomniała sobie o przyzwoitości, zarumieniła się i delikatnie go od siebie podsunęła.
  • Federi.... - próbowała się odezwać, ale ten znów zaczął ją całować, jego prawa ręka przesmyrała ją po brzuchu i zjechała w dół, podczas gdy lewa zaczęła podciągać jej suknię do góry. Ponownie go odsunęła i tym razem nie pozwoliła mu przerwać.
  • Książę ja nigdy nie... To dla mnie krępujące... - powiedziała zażenowana.
  • Nie martw się, sprawię, że będziesz najszczęśliwszą kobietą na ziemi, pani. - odparł pewny siebie i pocałował ją w szyję. Przeszedł ją dreszcz. I to raczej dreszcz obrzydzenia.
  • Może... Pobawimy się trochę? Będę mniej skrępowana, jeśli to ty pierwszy pozbawisz się ubrań...
    Uśmiechnął się. A więc to zgoda na coś więcej niż śmiał dziś liczyć. Niech będzie.
  • Hmm... Dlaczego nie, Julienne. Nie sądziłem, że masz takie upodobania. - zaśmiał się i zaczął zrzucać ciuchy. W końcu stał przed nią nagutki. Julienne spojrzała z góry na dół, niby speszona, ale zainteresowana. Podeszła, pocałowała go namiętnie i zaczęła delikatnie smyrać po brzuchu.
  • A teraz zamknij oczy, nie chcę rozbierać się na twoich oczach. - serce tłukło się jej jak oszalałe, policzki paliły niczym ogień, ale postanowiła, że dociągnie tą farsę do końca.
  • Julienne, coraz bardziej mnie zaskakujesz. - pocałował ją. - Niech będzie, ale pospiesz się, bo inaczej zacznę ci pomagać. Jestem niesamowicie napalony.
    Napalony?! Dobra Gwiazdo, on oszalał. Na prawdę liczył, że mu się uda? Gdy tylko zamknął oczy, a dopilnowała, żeby zrobił to dokładnie, podniosła jego ubrania i pospiesznie i bezdźwięcznie oddaliła się w stronę pałacu. Serce niemal wyskakiwało jej gardłem, ponieważ najgorsze, w jej mniemaniu było dopiero przed nią. Gdy dobiegała do celu usłyszała krzyk księcia, który starał się ją dogonić. Weszła na salę wzburzona, od razu przyciągając uwagę większości obecnych. Po chwili wbiegł nagi Federico, przez co zapanowała śmiertelna cisza, nawet muzyka ucichła ze zgrzytem.
  • Julienne, co ty... - zaczął krzyczeć, ale dopiero teraz zorientował się w jakim jest położeniu. Wyrwał młodziutkiej hrabiance wachlarz i zasłonił się z przodu.
  • Co robię?! Który to już raz dobierasz się do mnie pomimo moich protestów?! Ile razy mam ci powtarzać, że nie życzę sobie, żeby twoje zboczone łapska mnie dotykały?! Może to cię czegoś nauczy! Nie waż się więcej do mnie zbliżać! - krzyknęła na niego i rozrzuciła część jego ubrać, a kolejna partia wyfrunęła przez otwarte akurat przez Metri okno.
Książę patrzył nie dowierzając, po czym wybiegł czerwony niczym rak. Część osób zaczęła się śmiać i klaskać, inni kiwali głową ze zdumieniem lub dezaprobatą. Jej siostry stały z oczami wybałuszonymi w niedowierzaniu niezdecydowane jak zareagować, jednak Carla poleciła muzykantom grać dalej. Sala huczała od plotek, ale jej to już nie obchodziło. Dopięła swego i była z tego dumna, choć policzki piekły ją niemiłosiernie. Ruszyła do wyjścia, gdy po chwili usłyszała znajomy miły głos.

  • Julienne! - odwróciła się gwałtownie i dostrzegła ojca zdejmującego szarą maskę.
  • Tata! - krzyknęła i podbiegła rzucając mu się na szyję. Teraz czuła się bezpieczna.
  • Niezły pokaz panienko, jestem pod wielkim wrażeniem. - subtelny i rozbawiony głos dobiegł gdzieś z boku. Powoli stanęła normalnie i odwróciła się w lewo wstrzymując oddech. Ów mężczyzna w czarnej masce idealnie dobranej do dopasowanego stroju skłonił się jej głęboko i pocałował w rękę ku jej zdumieniu i przerażeniu.
  • Hraabia.. Riario... - skłoniła się nisko. Czy można być bardziej czerwonym niż ona w tym momencie. - Ja... Przepraszam... Nie zauważyłam hrabiego i... - jąkała się jak małe dziecko.
  • Nie dziwię się panienko, musiałem wyjść na sekundę i właśnie wróciłem do twojego ojca. - uśmiech nie znikał z jego twarzy, oczy błyszczały.
  • Ja przepraszam, za to, czego byłeś świadkiem hrabio... - zaczęła.
  • Nie masz za co przepraszać. Cenię sobie kobiety, które mają mocny charakter i potrafią zadbać o swoją cnotę. - odparł spokojnie. Dawno już nie bawił się tak dobrze, jak dzisiaj. Najmłodsza córka Biagio była totalnym przeciwieństwem Carli i Beatrice, co było dla niego zaskoczeniem. Niemniej podobał mu się pazur tkwiący w jej charakterze. Niewiele kobiet wykazuje się dziś odwagą i dbałością o święte wartości... - Zatańczymy? Nie powinna już panienka myśleć o tym frustracie, naprawdę, szkoda twojego zdrowia.
    Do Julienne dopiero po chwili dotarła propozycja hrabiego, która niemal zwaliła ją z nóg, które zmiękły już wcześniej i teraz ledwo ją niosły. Gardło jej się ścisnęło, więc była wstanie tylko skłonić się delikatnie i skinąć głową w aprobacie. Riario wyczuwając jej emocje przycisnął ja do siebie, odpowiednio mocno, by być oparciem i dostatecznie delikatnie, by nie peszyć jej jeszcze bardziej. Lewą rękę położył na jej nagich plecach, a w prawej trzymał jej drobną dłoń. Po chwili wirowali wśród innych par, które naturalnie usuwały im się z drogi, ponieważ razem tworzyli niepowtarzalną parę. Gracja Riario i gibkość Julienne tworzyły z nich zjawisko. Wszyscy przyglądali im się w zdumieniu, podziwiając ich taniec. Niektórzy po czasie zdali sobie sprawę, że ów mężczyzna to sam hrabia Riario. Ten bal zrodził tyle plotek, że zostanie zapamiętany na lata!

wtorek, 31 marca 2015

Kirito

Po nadrobieniu zaległości Aki starał się pojawiać na zajęciach regularnie, choć nieraz musiał się urywać z ostatnich godzin. Postanowił codziennie pojawiać się u Ragakiego, który chociaż ciągle jeździł po nim jak po psie, to przynajmniej płacił. Mitsuri miał zabrać zafundować matce prywatną terapię, co kosztowało fortunę, ale miał nadzieję, że jakoś jej pomoże. Wracał do domu po północy, wstawał o przed szóstą, biegł na zajęcia, potem do pracy, a w weekendy spędzał całe dnie w pracy.
Pewnej ciepłej nocy, gdy wracał do domu omal nie stracił przytomności ze zmęczenia. Usiadł na ławce, podciągnął kolana i... zasnął. Obudziło go delikatne potrząsanie.
  • Aki! Aki to ty?- dobiegł go podniesiony głos. Spojrzał nieprzytomnie i szeroko otworzył oczy. Stał nad nim znajomy z podstawówki.
  • Aki! Wszystko w porządku stary?! - dopytywał się Kirito.
  • Kirito... Ja... Tak, byłem koszmarnie zmęczony po pracy, usiadłem i... Ja musiałem chyba zasnąć. - tłumaczył się osłupiały.
  • Pracy? To ty pracujesz? - usiadł koło niego i spojrzał zmartwiony. - Jesteś dwa lata młodszy o ile dobrze pamiętam?
  • Yhm, tak. - odpowiedział. Kirito się zamyślił, po czym spojrzał zdumiony.
  • Słuchaj, nie chcę wciskać nosa w nieswoje sprawy, ale czy to się wiąże jakoś z twoją matką?
  • Pamiętasz jak chorowała? Tak, tak z nią... Wiesz, ma ciągłe przerzuty, ojca zwolnili i … i.. - starał się powstrzymać łzy, ale oczy miał ich już pełne. - Sam rozumiesz, robię,co mogę, żeby pomóc ojcu. Chciałbym też fundnąć matce jakąś ekstra terapię, wiesz... - łzy pociekły mu po policzkach. - Ja.. Przepraszam, marzę się jak baba i wciągam cię w to wszystko. - przetarł rękawami oczy
  • Wszystko w porządku. Zawsze miałeś pod górę kurduplu. Dostałeś się do Jihuon, racja?
  • Yhm... Tak, za rok egzaminy końcowe...
  • No ja nie wierzę, skończyłeś już 15 lat?
  • Oficjalnie podaję, że mam 17, a piętnaście skończę w grudniu – puścił mu oczko.
  • Słuchaj, powinieneś więcej odpoczywać, jesteś jeszcze dzieciakiem!- ofuknął go Kirito. - Dorabiam w hotelu Staar, wiesz, przyjmowanie gości i takie tam...
  • Hotel? Nie chciałeś przypadkiem zostać modelem jakiegoś magazynu?
  • Już jestem buraczku, ale w drogim hotelu można poznać bogatych i sławnych ludzi. Liczę, że któryś mnie zauważy – wyszczerzył równy rząd białych zębów.
  • No tak... Masz rację, w takim razie będę trzymał za ciebie kciuki! - rozpromienił się Aki.
  • Dobry dzieciak jak zawsze. Słuchaj masz niezłą figurę i śliczną buźkę, chyba mógłbym załatwić ci pracę, szef akurat szuka modela i..
  • Nie! To znaczy dzięki, ale nie... To nie dla mnie na serio... - spojrzał przepraszająco.
  • Hahahaha i czego się boisz? Ja tam nie narzekam! W hotelu też potrzebują chłopców na posyłki. Miałbyś nieco więcej luzu i większy szmal? Co ty an to? - zapytał Kirito.
  • Hotel... No nie wiem, wyglądam na dzieciaka, a kłamię, że mam siedemnaście lat...
  • Da się załatwić, nie takich już przepychałem i teraz są mi wdzięczni! Za miesiąc zacznie się sezon imprez i festiwali w Tokio, będziemy potrzebowali rąk do pracy. Musisz się szybko uczyć.
  • Chyba sobie poradzę nie? Z nauką nigdy nie miałem problemów... - uśmiechnął się niewinnie.
  • No tak, który piętnastolatek kończy liceum... Dobra... - wyciągnął portfel, z niego wizytówkę i podał mu. - Wpadnij jutro i powołaj się na mnie. Trzymamy się tego, że masz siedemnaście lat ok?
  • Mhm. Dzięki, Kirito. - Aki nabożnie schował wizytówkę.
  • Kiedyś wyświadczysz mi przysługę i będziemy kwita. - puścił oczko. - A teraz chodź, odstawię cię do domu, bo wyglądasz jak siedem nieszczęść. - pokręcił głową z politowaniem.
  • A ty się czepiasz! - rzucił pod nosem Aki, schował ręce do kieszeni i ruszyli.

Pod domem Kirito spojrzał na budynek, podrzędny blok mieszczący osiem mieszkań.
  • Mieszkałeś chyba gdzie indziej z tego co pamiętam..?
  • Yhm... Tak, ale nie było nas stać na poprzednie mieszkanie, więc teraz mieszkamy tutaj... - Aki puścił buraka.
  • Ej! Nie czerwień się jak panienka, to nie był wyrzut! Po prostu nie kojarzę miejsca! - poczochrał Akiego. - Wyśpij się i pamiętaj, wpadnij do Staara. Na pewno sobie poradzisz!
  • Dzięki.


Aki zaczął wspinać się na czwarte piętro, a Kirito spojrzał za nim z uśmiechem. Kto by pomyślał, że mały tak wyładnieje. Uśmiechnął się szeroko. Chyba będę miał konkurencję... Zaśmiał się i ruszył w stronę dworca. Ta myśl go podniecała, uwielbiał rywalizację.

poniedziałek, 30 marca 2015

Szpital

Aki kupił kolorowy bukiecik i raźnym krokiem ruszył korytarzem szpitala. Za pokojem zabiegowym skręcił w lewo i wyszedł na klatkę schodową. Mógł jechać windą, ale potrzebował chwili. Musiał zebrać się w sobie, udawać, że wszystko gra i podnieść matkę na duchu. Przynajmniej tyle mógł zrobić. Gdy lekko dysząc wszedł na oddział powitały go uśmiechy znajomych pielęgniarek. Bywał tu niemal codziennie, by choć trochę odwrócić myśli matki od bólu i smutku.
  • Aki, kochanie – przywitała go słabo matka, gdy wszedł. Uśmiechnęła się przy tym słodko, tak, jak tylko ona potrafiła.
  • Cześć mamo – odpowiedział z uśmiechem, podszedł i pocałował ją w czoło. - Najwyższy czas na wymianę kwiatków. Dziś są takie, mogą być?
  • Och synku, są cudowne jak zawsze – jej oczy żywiły się kolorami przeróżnych kwiatów. Bukiecik nie był duży, ale wyjątkowo piękny. Tylko na taki było go stać i to tylko dla tego, że w kwiaciarni pracowała ich była sąsiadka. - Jak w szkole?
  • Wszystko dobrze, dalej mam odpowiednią średnią, ćwiczę. Moja klasa jakoś mnie toleruje, więc chyba nie ma na co narzekać, hmm? - puścił jej oczko.
  • Cieszę się skarbie, nawet nie wiesz jaka jestem dumna. - odparła ze łzami w oczach. - A jak tata?
  • Dostał właśnie kilka zleceń na naprawę drobnego sprzętu, wiesz, telewizory, radia itd.
  • Całe szczęście. Nauczyłeś się już gotować? - zachichotała.
  • Mamo! Uczyłem się cały czas, teraz się wprawiam, do tego koleżanki mnie poduczyły. Jakby tego było mało, coraz częściej mnie dokarmiają, chyba chcą mnie utuczyć! - oburzył się na żarty Aki.
  • Hahaha, no i wcale im się nie dziwię powinieneś przybrać na wadze, chuchro z Ciebie.
  • Jem ile trzeba, po prostu mam dobrą przemianę materii – odparł z uśmiechem.


Aki żartował, opowiadał i rozmawiał z nią przez godzinę, zanim przyszła pielęgniarka niosąca tackę z lekami. Uśmiechnęła się miło i podała matce małe białe tabletki, po czym podpięła kroplówkę z morfiną. Akiego zawsze to dobijało, więc postanowił się zbierać. Poza tym matka i tak szybko po tym zasypiała. Pocałował ją w czoło i wyszedł. Postanowił porozmawiać z lekarzem, czego szybko pożałował. Okazało się, że co prawda poprzednia operacja się udała i możliwe, że wypuszczą matkę na dwa, może trzy dni, ale badania wykazały zbiór niewielkich guzków w okolicy wątroby. Lekarz przypuszcza, że nawet jeśli kolejna operacja się uda, matce nie został więcej niż rok, a i to w bardzo optymistycznej wersji. Chłopak trzymał się jako tako dopóki nie wyszedł ze szpitala. Nie chciał płakać, nie przy ludziach, ale zły same cisnęły mu się do oczu. Co raz wycierał je rękawami bluzy. Szlag! Szlag! Niech to wszystko szlag! Jego myśli eksplodowały w głowie. Widział, że lekarz nie mówił prawdy, w tym stanie jeśli dożyje sześciu miesięcy to będzie cud. Szlag! Dlaczego musiał ich tak bardzo kochać, co?! Nie mógł być wyrodnym synem, który pije i ćpa mając cały świat w dupie?! Poszedł do parku, usiadł na ławce, podciągnął kolana i schował twarz. Był totalnie zagubiony i panicznie się bał. Bał się, że jej zabraknie, że sobie nie poradzi, że zostaną z ojcem sami. Bał się, że będzie cierpiała, że będzie przerażona, a on musi być przy niej i dla niej silny. I nie miał nikogo, z kim mógłby podzielić się wszechogarniającym go strachem. Okiełznać go, wcisnąć do kąta. Szlag!

niedziela, 29 marca 2015

Poznajmy Akiego

Pisałam już o tym, że będzie kilka historii. Każda strona będzie zawierała całość opowiadań, a na stronie głównej będę zamieszczała najnowsze fragmenty. Oto Aki,

Początek
  • Aki!!!!!!!!!!! - z zaplecza dobiegł krzyk wściekłego właściciela sushi baru. - Gdzie się podział ten przeklęty chłopak?!
  • Już jestem panie Ragaki, przep.... - niespodziewane uderzenie w twarz przerwało usprawiedliwienia chłopaka.
  • Ile razy mam cię wołać gówniarzu?! - wydzierał się dalej Ragaki. - Natychmiast masz posprzątać po Kaito, znów się zżygał. Niech szlag trafi takich pracowników!
  • Tak jest panie Ragaki – powiedział Aki jednocześnie łapiąc szmatę i wiadro.
Wycierał rozlaną przez klienta zupę, gdy zawołał go szef. Najwidoczniej jest za wolny, ciągle za wolny. Choć stara się jak może, ciągle obrywa. Muszę się przyłożyć jeszcze bardziej, pomyślał, nie mogę stracić tej pracy. Gdy tylko wszedł do pokoju dla pracowników omal sam nie zwymiotował. Smród jaki unosił się w pomieszczeniu sugerował, że Kaito produkował się już od jakiegoś czasu. Dobry Boże, dlaczego ja muszę sprzątać po tym ćpunie?! Nie miał jednak wyboru, jeśli nie chciał oberwać i wylecieć. Myślicie, że praca dorywcza to super sposób na kieszonkowe? Nic z tego, rzeczywistość jest zupełnie inna. Zwłaszcza, jeśli masz piętnaście lat, wyglądasz na trzynaście, a kłamiesz, że masz siedemnaście. Aki nie miał wyboru, musiał zdobyć pieniądze na utrzymanie rodziny. Ojciec zdążył się już nieco zestarzeć, a dla takich nie było miejsca w nowoczesnym Tokio. Gdzie się człowiek nie obrócił widział młode hostessy, młodych prezenterów z uśmiechem pełnym białych zębów. Kult młodości i budowanie ideałów. Ojciec Akiego całe życie ciężko pracował, co mocno odbiło się na jego zdrowiu. Co prawda podejmował różne prace dorywcze, ale z tego wyżyć się nie da. Matka Akiego więcej czasu spędzała w szpitalu niż w domu, a to wszystko za sprawą nowotworu, który uporczywie wgryzał się w kolejne narządy. Tu go wycięli, tam się pojawił i tak w kółko. Chłopak uczęszczał do całkiem dobrego gimnazjum Ootorich, do którego dostał się dzięki wysokiej średniej i uzdolnieniom humanistycznym i sportowym. Dopóki utrzymywał średnią na wysokim poziomie, pozostawał członkiem koła literackiego i klubu łuczniczego, przymykano oko na jego nieobecności. Nie taki był plan, ale nieraz wracał do domu nad ranem tak padnięty, że nie miał ochoty nawet na jedzenie. Padał do łóżka, zasypiał, budził się około piętnastej, jadł co nieco i biegł do pracy. I tak od dwóch lat.

Pomimo narzekania szefa na mały ruch, Aki cieszył się, że skończył wcześniej. Wiedział, że zdąży jeszcze nadrobić dwudniowe zaległości ze szkoły i przygotować się na zaliczenia. Chłopak szybko zarzucił na plecy swoją przydługą bluzę, w której wyglądał trochę dziewczęco ze względu na drobną sylwetkę i lekko przydługie blond włosy, złapał swoją torbę i wyszedł na ciemne ulice miasta. Pomimo późnawej pory wziąć było tu sporo ludzi, co dawało złudne poczucie bezpieczeństwa. Ale przynajmniej nikt go nie zaczepiał.
  • Dobry wieczór tato! - rzucił w stronę ojca naprawiającego sporych rozmiarów telewizor. - Nowe zlecenie?
  • Aki, już wróciłeś? - spojrzał na syna. - Tak, jedno z kilku, chyba mam trochę szczęścia. W kuchni masz obiad, zjedz coś, bo za niedługo znikniesz, taki jesteś chudy! - pogroził palcem, ale uśmiechnął się czule do syna.
  • Zjem, zjem, muszę mieć siłę do nauki! - odpowiedział wesoło i pobiegł do pokoju. Następnie wziął szybki prysznic w o dziwo letniej, a nie zimnej wodzie i zjadł pospiesznie obiad.

Był niemal pewien, że ojciec zostawił mu większość tego, co przygotował, ale kochał go i udawał, że nie zauważył. To będzie długa noc, pomyślał niosąc do pokoju ogromny kubek pełen gorącej kawy z mlekiem, który postawił na podgrzewaczu, żeby napój nie wystygnął. Na jego szczęście, miał niemal doskonałą pamięć, dzięki czemu sama obecność na zajęciach prawie mu wystarczała za całą naukę. Niemniej w tej szkole uważne słuchanie profesora nie wystarczało, ale zawsze mógł liczyć na pomoc kilku dziewczyn i kolegów. Początkowo miał pod górę, ponieważ był od nich młodszy o prawie dwa lata. Do tego biedny, o drobnej posturze i ładnej buźce w pierwszej chwili bywał mylony z dziewczyną. No cóż. Szybko jednak wszyscy zauważyli, jak pogodnym i dobrym chłopakiem jest Aki. Pomimo tego, że był młodszy, otrzymywał najlepsze oceny i chętnie pomagał wszystkim, którzy go o to prosili, nawet jeśli był zmęczony. Nie wspominał za wiele o swojej rodzinie, ale przez nieuwagę nauczyciela wydało się, że jego matka jest ciężko chora. Na szczęście dla Akiego, znajomi mu współczuli nie wyszydzali. Sam się dziwił, że mimo swoich wad, bo jego zdaniem sam wygląd był już wadą wśród tej bandy przystojniaków, miał święty spokój. Dziewczyny kochały go przytulać i bardziej mu matkowały niż podrywały. I całe szczęście, bo chociaż nikt o tym nie wiedział, Aki jakoś nie czuł pociągu do dziewczyn...

Newsy

Dobry.
Jako że lubię pisać, eksperymentować ze słowem i konwencją, będę pisała kilka opowieści na raz, czasem tak bywa. Julienne to będzie romans, czyli coś, czego w życiu nie pisałam. Co do yaoi... Nie miałam takich planów, ale dziś przyśniło mi się, że byłam uke gwiazdy rocka i to dało mi pomysł na historię... Spróbuję.
No to tyle na ten up, siiiiiiyaaaa :)

niedziela, 22 marca 2015

Czas

Julienne wzięła gorącą kąpiel i zeszła na kolację. Po całym dniu intensywnych ćwiczeń, najpierw tańca, potem jazdy konnej z Salvatore, umierała z głodu. Wchodząc do jadalni spostrzegła, że mają gości. Chwała Ci o Najjaśniejsza Gwiazdo, że zdążyłam się wykąpać, pomyślała dziewczyna. Właśnie miała się przywitać z narzeczonymi sióstr, gdy Beatrice podniosła głowę i ją zauważyła.

- Julienne, moja mała kochana siostrzyczka – powiedziała słodko i uśmiechnęła się uroczo. Chcieć znaczy móc, pomyślała Julienne.
- Dobry wieczór hrabio Lacrase, hrabio Destacci – skłoniła się gościom. - Dobrze was widzieć. - spojrzała na siostry. Mogła być szczera, ale nie zamierzała zniżać się do ich poziomu.
Spełniła wymogi etykiety i zajęła miejsce przy stole. Cholera. W takie dni potrafiła zjeść tyle, że dawała Carli możliwość szydzenia, ale teraz wstyd było pochłonąć wszystko na co miała ochotę. Że też muszę być kobietą, pomyślała. Sięgnęła więc po nóżkę perliczki i sałatkę jarzynową. Jadła spokojnie popijając rozcieńczone wino, gdy odezwał się ojciec:
- Będę musiał wyjechać na kilka miesięcy dziewczynki. Wierzę, że nie będziecie sprawiać matce problemów? - spojrzał na córki znacząco.
- Tatusiu, my i problemy? - zaszczebiotała Carla.
- Wiesz przecież, że masz najlepsze córki na świecie. Poradzimy sobie bez ciebie jakiś czas, ale wracaj szybko! - powiedziała ze śmiechem Beatrice.
- Twój wyjazd wiąże się z sytuacją na północy, prawda? - zapytała Julienne.
- Owszem, mam coś załatwić dla króla. Mam nadzieję, że to nic wielkiego i szybko wrócę.
- Jedziesz sam? - dopytywała najmłodsza córka.
- Nie, będzie mi towarzyszył hrabia Riario. - odpowiedział Biagio. Zebrani spojrzeli na siebie skonfundowani.
- Jesteś pewny, że ona ma ci towarzyszyć? Może król kazał mu cię zabić! Nie powinieneś ufać temu mordercy... - powiedziała z przejęciem Carla.
- Nikt mu nie ufa ojcze! Czy nie stracisz na tym? - starała się zgrywać elokwentną Beatrice.
Julienne brew zaczęła drgać niepokojąco, co za ignorantki. Ojciec zauważył nadciągający wybuch i rzekł:
- Hrabia i ja planujemy sojusz. Poza tym nie mógłbym marzyć o bardziej doświadczonym i wprawnym towarzyszu niż Girolamo Riario.
Julienne dodała:
- Hrabia potrafi sprawnie posługiwać się astrolabium, co jest nie lada wyczynem. W większości nie potrzebuje map, ponieważ wyjątkowo dobrze zna geografię Elyrei, zwłaszcza północnych rubieży.
 - Wiedząc, że będziesz w towarzystwie jego i jego ludzi czuję się spokojna.
- Dziękuję Julienne. Masz rację, więc i wy nie oceniajcie go pochopnie. Hrabia to naprawdę porządny człowiek.
- Phy? On?! Porządny? Ojcze rozumiem, że posiada silne oddziały i szerokie wpływy, co można wykorzystać. Ale porządny? Co to, to nie. - zaperzyła się Beatrice.
- Rozumiem Twój niepokój, ale powiem to jeszcze raz – zaufaj mi. Wszystko będzie dobrze. - uspokajał ojciec.
- Nie mam wyboru. Ufam ci ojcze, ale ty pod żadnym pozorem nie ufaj jemu!
Julienne stłamsiła słowa, które cisnęły jej się na usta i ucieszyła się, gdy wkrótce wszyscy zaczęli opuszczać salę. Podeszła do ojca i wtuliła się w jego ramię.
- Nie martw się kochanie, ani się obejrzysz, a już będę z powrotem w domu. - pocałował córkę w głowę.
- Wiem, wiem. Sprawy na północy zaszły aż tak daleko? - spytała Julienne.
- Obawiam się, że tak. Jedziemy rozeznać się w sytuacji i zmobilizować arystokrację do walki.
- Hrabia ci pomaga czy... - nie dokończyła.
- Król wysłał nas obu. Ono niebo lepiej zna tamte tereny, a ja mam doświadczenie potrzebne do przekonania tych ludzi. Myślałem, że mu ufasz. - zerknął jej w oczy.
- Ufam tato. Prawie go nie znam, ale rozumiem to, czym się zajmuje. Bardzo go szanuję, chociaż wydaje mi się trochę straszny – zaśmiała się, a ojciec odpowiedział tym samym.
- Coś w tym jest, ale on po prostu nie ulega innym. To sprytny i silny mężczyzna, do tego godny zaufania.
- Wiem, mam nadzieję, że wypełnianie poleceń króla ociepli wasze stosunki i umożliwi sojusz, o którym wspominałeś.
- O to się nie martw. Ale dość o polityce, do łóżka! - pogonił ją udając strasznego i ze śmiechem rozeszli się do swoich komnat.
Julienne nie potrafiła tak od razu zasnąć. Od ostatniego przyjęcia, na którym osobiście poznała hrabiego Riario i miała okazję zamienić z nim kilka słów, nie potrafiła przestać o nim myśleć. Miała wrażenie, że wreszcie znalazła kogoś zupełnie innego od tej całej bandy idiotów. Nie potrafiła wyrzucić z pamięci jego ukłonu pełnego gracji, delikatnego pocałunku w rękę i tych ciemnych, wpatrzonych w nią oczu. Dreszcz przeszedł jej po plecach. Hrabia zawsze patrzył rozmówcy w oczy i niemal nie mrugał. Niech to szlag!. Czy ona właśnie zadurzyła się w mężczyźnie, który jednocześnie ją przerażał i wzbudzał jej głęboki szacunek? Do tego był starszy o niemal dziesięć lat! Nie, nie, nie. Wydaje jej się. Wmówiła to sobie z braku innych możliwości. Gdy znów go spotka przekona się, że jest jej totalnie obojętny i odrzuca ją od niego jak od każdego spotkanego dotąd mężczyzny. Zresztą nawet jeśli nie – z góry była skazana na porażkę.
***
Przez kolejne trzy miesiące Julienne szczególnie mocno przykładała się do wszystkich obowiązków. Ćwiczyła nie tylko taniec i jazdę konną, ale też strzelanie z łuku, grę na fortepianie, uczyła się o świecie, polityce i geografii, ćwiczyła dwa języki obce. Nie pozostawiała sobie zbyt wiele wolnego czasu. Salvatore był zadowolony, ponieważ dziewczyna nauczyła się pewnie trzymać w siodle bez względu na sytuację. Pozwalał jej coraz częściej skakać, co robiła z piskiem radości.

Im bliżej było do powrotu Biagio, tym bardziej wyczekiwała go Julienne. Siostry nie wykazywały większej tęsknoty i oddawały się własnym przyjemnościom. Nawet zamierzały zorganizować nazajutrz bal maskowy, pomimo wątpliwości matki.

sobota, 21 marca 2015

Riario

Riario wrócił do zamku na chwilę przed wschodem słońca. Było dla niego zaskoczeniem, że wytrzymał tyle wśród tego motłochu, przez co zaśmiał się do siebie. W drodze do komnaty rozejrzał się po zamku. Tak jak się spodziewał, kilka słów wystarczyło, by wszystko było jak należy. W głębi duszy nie lubił straszyć swojej służby, ale kiedy tylko robił się zbyt pobłażliwy, pojawiały się niedociągnięcia, a na to nie mógł pozwolić. Niemniej każdy z zakupionych niewolników dostawał spore wynagrodzenie i wolność w zamian za rzetelną pracę. Girolamo nie zważał na to, jak zapatrują się na sytuację inni hrabiowie. Nigdy nie uznawał niewolnictwa i nie zamierzał go tolerować w swoim domu. Nieustannie kłócił się o to z ojcem, kiedy jeszcze żył, lecz ku radości Riario zmarł stosunkowo młodo. Młody Hrabia miał ciężkie dzieciństwo właśnie przez swoich rodziców. Matka pozostawała w cieniu ojca, który nieustannie ją zdradzał i wyżywał się na synu dopóki ten nie dorósł i nie zaczął się sprzeciwiać. Riario zawdzięczał mu jedynie umiejętność zachowania kamiennej twarzy w każdej sytuacji oraz opinię takiego samego, a może i gorszego drania od swego ojca. To pozwalało mu trzymać większość ludzi na dystans. Wzbudzał strach i szacunek, do czego przyczyniała się bezpośrednia służba królowi, likwidowanie jego wrogów i niewygodnych mu ludzi. Hrabia miał jedną słabość, za którą płacił wysoką cenę. Musiał być całkowicie oddany baronowi Alongi, prawej ręce króla, ale nie było innego wyjścia.

Z zadowoleniem wszedł do swojej sypialni i zaczął rozpinać czarną koszulę. Hrabia Ostacci okazał się naprawdę dobrym rozmówcą. Riario czuł, że Biagio niczego nie ukrywa ani nie udaje. Cenił sobie jego szczerość, ponieważ niewielu się na nią decydowało. Ostacciemu zależało na sojuszach, ale nie akceptował potulnie wszystkich warunków, które Riario starał się stawiać. Ponadto  był wyjątkowo ciekawym człowiekiem. Pozostawała jeszcze kwestia jego najmłodszej córki. Girolamo wiedział, że Beatrice i Carla lada moment poślubią swoich narzeczonych, choć Biagio był skory do zmiany zdania. Jednak to Julienne wydała się jego ulubienicą, co specjalnie nie dziwiło Riario. Była zupełną przeciwnością sióstr, wraz z ojcem uczestniczyła w każdej rozmowie dotyczącej polityki i spraw rodu, do której ojciec ją dopuścił. Gardziła ignorantami i zapatrzonymi w siebie synami lordów, baronów i książąt. Nie zważała na zazdrosne spojrzenia innych dziewcząt i właściwie sprawiała wrażenie, że pozostaje ponad nimi wszystkimi. Na myśl o tym Riario się zaśmiał, kogoś mu przypominała. Ile miała lat? Piętnaście? Czy aby nie za młoda? Gdy tylko zorientował się nad czym się zastanawia wybuchnął śmiechem. Riario czyżbyś się starzał? Ty i ślub? Pokręcił głową i położył się łóżka. Ewidentnie zmęczenie i wino kierowały jego myśli na niewłaściwe tory.

Salvatore

Śniadanie Julienne zjadła samotnie, pomijając krzątającą się służbę, co wprawiło ją w zdecydowanie dobry nastrój. Kochała swoich rodziców, ale siostry to zupełnie co innego. Właściwie kochała je na swój sposób, ale nigdy nie była z nimi blisko. Niemal namacalnie można było wyczuć różnicę pomiędzy rodzeństwem. Starsze siostry odziedziczyły urodę po matce – kędzierzawe jasne włosy koloru zboża, niebieskie oczy, obfite krągłości we właściwych proporcjach, delikatne rysy i talent do kokietowania wszystkich mężczyzn wokoło. Julienne miała jasne, zielone oczy, ciemne i kręcone włosy jak ojciec. Delikatne rysy twarzy i wcięcie w talii odziedziczyła po matce. Julienne wydawała się wyjątkowo delikatna, przez co wyglądała na młodszą niż faktycznie była. Jej kruchość była dość mylna biorąc pod uwagę ostry język i zdecydowane poglądy, które uważała za swój największy atut. Mężczyźni byli więc zauroczeni jej siostrami, co oczywiście wykorzystywały. Gdy była młodsza i znudził ją bal postanowiła ich poszukać. Idąc korytarzem pałacu usłyszała jęk Beatrice dobiegający z jednej z wielu sypialń. Gdy po chwili dotarło do niej co to oznacza, spłonęła rumieńcem i nigdy więcej nie szukała żadnej z sióstr. Z czasem zrozumiała też, co miały na myśli, że należy korzystać z życia, zanim dojdzie do aranżowanego małżeństwa, ale z tym się akurat nie zgadzała. W miarę upływu lat różnice pomiędzy nimi wzrastały. Julienne spławiała wszystkich, którzy się do niej dobierali, szukała towarzystwa ludzi inteligentnych i ciekawych niezależnie od wieku, zawsze dając do zrozumienia, że zależy jej tylko na rozmowie lub przyjaźni. Nie poznała zbyt wielu interesujących mężczyzn, zwłaszcza, że zaczepiały ją same podlotki lub pijani hrabiowie zdecydowanie zbyt starzy jak dla niej.
                Zaraz po śniadaniu pobiegła z radością do stajni mając nadzieję, że Salvatore jeszcze nie będzie. Chciała osiodłać konia i trochę się rozgrzać przed kolejną lekcją. Chłopak również był niewolnikiem, ale teraz już opłacanym. Został kupiony tego pamiętnego dnia, gdy Julienne postanowiła wyruszyć z ojcem na targ do portu. Salvatore wyjątkowo dobrze potrafił się obchodzić z końmi, które nigdy nie robiły mu krzywdy, nie zrzucały i słuchały każdego polecenia. Chłopak był od niej starszy o pięć lat i czuła się przy nim, jak przy starszym bracie. Sal był doskonałym jeźdźcem i Julienne postanowiła poprosić go o kilka lekcji. Nie żeby nie potrafiła jeździć, ale miała zamiar nauczyć się skakać przez wysokie przeszkody. Lubiła uczyć się nowych rzeczy, zwłaszcza, gdy wiązał się z tym dreszczyk emocji. Poza tym uznała, że nigdy nie wiadomo, co jej się w życiu przyda, zwłaszcza w niepewnych czasach. W związku z tym Sal wiedział, że Julienne sama chce siodłać i wyczesywać konia, czego z chęcią ją nauczył. Gdy poprosiła go o lekcje dwa razy pytał hrabiego, czy aby na pewno wyraził na to zgodę. A potem zaczęła jeździć. Najpierw pokazał jej, jaką pozycję powinna przyjmować, by lepiej trzymać się w siodle, a następnie zaczęła uczyć się galopu. Dopóki nie opanuje szybkiej jazdy, nie ma mowy o skakaniu.
- Pupa do góry panienko albo zaraz będziesz gryzła trawę! – krzyknął Salvatore i wyszczerzył zęby w zadziornym uśmiechu. Dobrze wiedział, na co sobie może pozwolić, poza tym on też traktował ją trochę jak starszy brat. Przypominała mu jego młodszą siostrę, która niestety nie przeżyła ciężkich warunków podróży na przepełnionym niewolnikami statku.
- Przecież muszę jakoś siedzieć! – odkrzyknęła uśmiechnięta Julienne.
- A chcesz zacząć skakać czy nie? – podjechał do niej.
- To będę mogła zacząć?! – krzyknęła zdumiona.
- Najwyższy czas Julienne. Przygotowałem kilka przeszkód, ale nie licz na cuda. Nie pozwolę Ci na szarżowanie po lesie, dopóki nie będę miał pewności, że wiesz jak się utrzymać przy lądowaniu.
- Mówiłam już, że cię kocham, braciszku? – pokazała język i pognała na tor przeszkód.

Sal spojrzał za nią z uśmiechem i podążył w tym samym kierunku. To będzie wyjątkowo ciekawy miesiąc,  o ile prędzej panienka się nie zabije, a ta perspektywa go przerażała.

Historia Metri


Słońce powoli sięgało zenitu, gdy Julienne otworzyła oczy. Przez chwilę leżała bez ruchu, lecz jedno spojrzenie za okno wystarczyło, by poderwała się na nogi. Jak mogła tyle spać?! Fakt, że bal przedłużył się do wczesnych godzin porannych nic a nic jej nie tłumaczył. Pociągnęła za sznurek zawieszony na ścianie przy oknie i po chwili zjawiła się służąca.
- W czym mogę pomóc, Pani? – zapytała kłaniając się.
- Metri pomóż mi się ogarnąć, proszę. Nie umiem się pozbierać. – odpowiedziała Julienne starając się jednocześnie czesać, ubierać i zerkać na zegarek. – Salvatore już przyszedł?
- Nie, Pani. Stajennego Salvatore jeszcze nie ma. Wrócił do pokoju kiedy odesłał ostatnich gości. – powiedziała i zaczęła czesać Julienne. Dziewczyna miała sięgające pasa, mocno kręcone kasztanowe włosy. Gdzieniegdzie pasma jaśniały ogniście tworząc rude pasemka, co przykuwało uwagę, choć było całkiem naturalne – dziewczyna nigdy nie myślała nawet o barwieniu włosów. – Jakieś życzenia co do fryzury, panienko?
- Zapleć mi warkocz Metri, będę jeździła więcej niż zwykle. A potem przygotuj proszę strój jeździecki, nie mam czasu na ceremoniały, sukienki i przebierania. Zjem śniadanie i biegnę do stajni. Nie chcę się spóźnić. Beatrice i Carla już wstały?
- Z tego, co mi wiadomo, jeszcze nie. Panienki wróciły do pokoi, gdy słońce stało już wysoko…
- I dobrze. Puszczalskie dziewuchy…
- Panienko! – ofuknęła ją młoda niewolnica.
- Dobrze wiesz, że mam rację. To moje siostry i będę mówiła, co mi się podoba. Tylko przy tobie mogę czuć się swobodnie. – zerknęła na Metri, ale ta tylko pokręciła głową.
Metri była osobistą służącą Julienne. Dziewczyna nienawidziła niewolnictwa, ale jak na razie nie zapowiadało się na to, żeby zostało ono zniesione. Jej ojciec podzielał jej przekonania, ale nie zamierzał odstawać za mocno od reszty, by nie wyjść na dziwaka. Kupował niewolników, by po czasie tym najlepszym wypłacać pewne sumy, zależnie od jakości ich pracy. Julienne była mu za to wdzięczna. Pewnego zimowego dnia, gdy miała dwanaście lat, uprosiła Biagio, by zabrał ją ze sobą daleko do wschodniego portu, gdzie miały przypłynąć statki pełne ludzi różnego pochodzenia. Na sprzedaż. Chciała się przekonać, jak to wygląda i jak inni traktują swoje „nabytki”. Początkowa ekscytacja szybko zmieniła się w przerażenie, gdy tylko zobaczyła jak brutalnie ci ludzie są wpychani do klatek i traktowani jak świnie: ta jest silna, ta zdrowa, ta zna dwa języki. Wszyscy Ci ludzie pomimo mrozu byli nadzy, by móc jak najlepiej przyjrzeć się potencjalnym nabytkom. Julienne paliły ze wstydu policzki i postanowiła przyjrzeć się tylko kobietom. I wtedy właśnie zobaczyła młodziutką dziewczynę o skórze koloru czekolady i krótko obciętych, ciemnych kręconych włosach. Mogła być trzy, może cztery lata starsza od Julienne. Trzęsła się z zimna, ukradkiem ocierając łzy próbujące spływać do twarzy. Kilku mężczyzn stało blisko klatki, wkładając ręce do środka i starając się ją uścisnąć tu i ówdzie. Julienne chwyciła ojca za rękę nie zważając na to, że właśnie ubijał z kimś interes i zażądała, by kupił jej Murzynkę.
Julienne, będzie za młoda, nie pomoże Ci jak należy. Nawet nie wiem czy zna język. – starał się pertraktować Biagio.
- To ją nauczę! Zobacz jak oni ją traktują! Tato ona się trzęsie z zimna, błagam, nie mogę na to patrzeć. Nie będę prosiła o nic więcej przez następne pół roku, tylko błagam kup ją. Na pewno się sprawdzi i będzie cudowna, zobaczysz! – Julienne spojrzała na ojca oczami pełnymi łez, bynajmniej nie wymuszonymi.
-Julienne… - ojciec spojrzał na mulatkę. Przyglądała się sytuacji bez emocji, wiedząc, że nic nie może zrobić. – Dobrze. Kochanie dobrze, tylko nie płacz już. Eben! Chcę tą kobietę! – krzyknął na sprzedającego.
- Drogi hrabio nie jesteś jedyny, w zasadzie mam już kupca, który oferuje mi spore pieniądze za tą śliczną panienkę. – wyszczerzył się chytrze wskazując na hrabiego Ostazza.
- Zapłacę Ci dwa razy tyle, dziewczyna będzie moja. – powiedział spokojnie.
- Hrabio, widzę, że bardzo kochasz swoją córeczkę, skoro aż tak ją rozpieszczasz. – spróbował pogłaskać Julienne po głowie, ale ta wściekle uderzyła w jego rękę.
- Nie waż się mnie dotykać! – krzyknęła na handlarza, który niespodziewanie się speszył.
- Dobrze już dobrze, płaćcie i zbierajcie się stąd. – odparł odzyskując rezon. Biagio dobrze wiedział, że przepłacił, ale wiedział, że było warto i nie tylko ze względu na córkę. Dobrze wiedział, do czego Ostazza wykorzystywał młode niewolnice i na samą myśl robiło mu się niedobrze. Nigdy żadnej kobiety nie potraktowałby w taki sposób. Żadnej.
Gdy tylko została wypuszczona, dostała cienką suknię sięgającą łydek. Eben klepnął ją w tyłek i bosą odesłał do Ostaccich. Julienne już zdjęła płaszczyk, żeby ją okryć, ale Biagio powstrzymał ją ręką.
- Ubierz się, bo Twoja matka mnie zabije jeśli się rozchorujesz. – wcisnął jej do ręki sakiewkę. – Weź Barna i kupcie coś dziewczynie. – Uśmiechnął się delikatnie do mulatki i ruszył dokończyć przerwaną rozmowę.
Julienne chwyciła ją za rękę, kiwnęła na Barna i pociągnęła niewolnicę do sklepu. Metri trochę krzywiła się, gdy śnieg mroził ją w stopy, ale nie protestowała. W zasadzie trochę się dziwiła zaistniałej sytuacji. Poprzedni właściciel dbał jedynie o to, żeby miała zasłonięte biodra i piersi, reszta go nie obchodziła.
- Znasz elyreński panienko? – zapytała Julienne odwracając się do dziewczyny.
- Ja… Proszę, niech mnie tak Pani nie nazywa. Nie wypada panience. Nazywam się Metri. Tak dość dobrze rozumiem elyreński, panienko. – odpowiedziała speszona dziewczyna.
- To dobrze. Wytrzymaj proszę jeszcze chwilę, zaraz kupię Ci górę ubrań i już nie pozwolę Ci marznąć! – uśmiechnęła się zawadiacko nowa pani Metri.
- Panienko ja… Panienki ojciec nie będzie zadowolony… - starała się poskromić entuzjazm młodej damy Metri.
- Ojciec dał mi tyle ile uznał za słuszne. To pieniądze na moje wydatki tutaj. Ale teraz najważniejsza jesteś dla mnie ty! – wciągnęła ją do sklepu. – Dzień dobry! Poproszę ubrania dla tej panienki. Sukienki, płaszcz, rajtuzy, bieliznę i buty i wszystko, co potrzebne na początku. – wyjęła z sakiewki większość pieniędzy, niewiele zostawiając na osobiste wydatki. Pracownicy unieśli brwi, ale zobaczywszy pieniądze i determinację na twarzy Julienne, zaraz wzięli się do pracy. Po pół godzinie Metri była grubo ubrana, w ręce trzymała torbę pełną ubrań i najpotrzebniejszych rzeczy. Nawet Barn dostał ciepłe rękawice i kaftan od panienki. Metri była oszołomiona. Nigdy nie posiadała niczego na własność, nigdy nikt się o nią nie troszczył, a doświadczenie mówiło, że arystokraci to odrażający i bezduszni ludzi. Tymczasem ta dziewczynka, bo trudno było myśleć inaczej o tej młodej panience o twarzy dziecka, z płaczem błagała ojca, by pomógł niewolnicy. Wiedziała, jak bardzo przepłacił, a jednak wahał się tylko przez chwilę. Ten człowiek musiał bezgranicznie kochać swoją córkę. Metri spojrzała do torby, znalazła szczotkę, notatniki, gąbki i masę różnych przedmiotów. Spojrzała na panienkę, a ta uśmiechnęła się niczym aniołek.
- Zapewne jesteś głodna. Barn też nieco zmarzł. Idziemy coś zjeść! – postanowiła Julienne. –A właśnie. Nie przedstawiłam się, nazywam się Julienne Ostacci, a mój tato to Biagio Ostacci. Jest hrabią i jednocześnie dowódcą w wojsku króla. Mam dwanaście lat, a moje siostry ciągle mówią, że zachowuję się jak nieokrzesana i niedorosła dziewucha, ale ja się nimi nie przejmuję! Nigdy nie chcę być taka jak one! – niesamowite, jak wiele emocji można było wyczytać ze słów, gestów i mimiki tej młodej dziewczyny. Metri przyzwyczaiła się do dumnych i wyniosłych dam, które poniewierały nią na każdym kroku. Panienka Julienne była zupełnie inna, dziecinna, ale zupełnie szczera i po prostu dobra, jak jej ojciec. Metri jakoś potrafiła wyczuć ludzi, od razu zauroczyła ją jej nowa pani.
Po posiłku poszli poszukać ojca panienki. Wpadli na niego, gdy wracał z placu targowego z trzema mężczyznami i dwiema kobietami, ludźmi w różnym wieku i kolorze.
Julienne! Widzę, że dobrze zadbałaś o dziewczynę. – pogłaskał córkę po głowie. – Metri, tak się nazywasz, prawda? Potrzebujesz pomocy medyka?
- Nie panie, dziękuję. Wszystko ze mną dobrze, jestem zdrowa. Panienka zadbała o wszystko. – skłoniła się Biagio.
- W takim razie ruszamy niezwłocznie do domu, przed nami dwa dni drogi. Nasi nowi przyjaciele pojadą drugim powozem razem ze strażą. Jeśli będziecie potrzebowali postoju nie krępujcie się o tym powiedzieć. – spojrzał na nich, ci kiwnęli głowami, że zrozumieli, po czym ruszyli za Biagio i Julliene.
Przyjaciele? Hrabia naprawdę tak o nich powiedział? Metri spojrzała na resztę. Wszyscy byli równie oszołomieni. Biagio również zadbał, by niepotrzebnie nie marzli i napełnili brzuchy. Powoli w dziewczynie rodziła się nadzieja, że może jej życie będzie wreszcie znośne, nawet jeżeli nie będzie wolna.

Gdy Metri skończyła czesać panienkę, dobrzała jej odpowiedni strój i pomogła się szybko ubrać.
- Niech panienka już biegnie, ja sprzątnę pokój. – pogoniła Julienne dziewczyna.

- Dziękuję Metri, twoja pomoc jest nieoceniona! – panienka pocałowała służącą w policzek i wybiegła. Ta zaśmiała się cicho – nie pomyliła się co do panienki. Zazwyczaj radosna Julienne podrosła i powoli zmieniała się w wyjątkowo piękną kobietę. Co prawda dojrzewała, ale dalej była dobrą i serdeczną Panią. Po prawdzie były sobie bliskie jak siostry, Metri oddałaby za panienkę życie i obawiała się, że w drugą stronę było podobnie.

wtorek, 17 marca 2015

Bal

- Zajmę się pana koniem najlepiej jak to możliwe Hrabio Riario – stajenny skłonił się uprzejmie i chwycił lejce karego wierzchowca.
- Lepiej dla ciebie, żebyś potrafił dotrzymać danego słowa chłopcze – hrabia ku zdziwieniu młodego Blanco puścił mu oczko i skocznym krokiem zaczął wspinać się po kamiennych schodach prowadzących do wielkich dębowych, misternie rzeźbionych drzwi pałacu, przy których czekał sam gospodarz by powitać gości.
-Hrabio miło Cię wreszcie widzieć. Jak przebiegła podróż? – zapytał Biagio.
Riario spojrzał przenikliwie i odpowiedział uśmiechając się lekko:
- Całkiem dobrze, dziękuję hrabio, czy raczej generale Ostacco .
- Widzę, że jak zawsze dobrze poinformowany. Wejdź proszę, bal już się zaczął – odparł z uśmiechem Biagio.
Riario rozejrzał się dookoła. W pałacu widać było kobiecą rękę i dobry gust gospodarzy. Wnętrze wyróżniało się harmonią kolorów i dodatków. Królowały modne ostatnio fiolety, wrzosy i wszelkie odcienie bieli. W sporych rozmiarów wazonach pamiętających czasy dziadów Biagio umieszczone zostały ogromne bukiety wszelkiego rodzaju kwiatów. Obrazy przedstawiające podobizny przodków nie narzucały się rozmiarem czy ilością, a gobeliny przedstawiały piękne okolice Elyrei. W żyrandolach zbudowanych z licznych kryształów tańczyły promienie światła rzucając migocące cienie na ściany  i podłogę. Wszystkiego dopełniały malownicze witraże umieszczone w większości górnych okien. Czego jak czego, ale tym ludziom nie można było zarzucić braku gustu, choć Riario preferował skromne i praktyczne wnętrza.
***
Sala balowa wypełniona była muzyką, kolorowym światłem z barwionych kryształów oraz mieszaniną zapachów perfum przybyłych gości. Julienne uwielbiała tę feerię barw tańczących bezwstydnie po wszystkim i każdym. Był jeden z nielicznych powodów, dla których nie protestowała przed uczestnictwem w każdym balu. Właśnie starała się spławić Federico Spazza, syna hrabiego Spazzy, gdy do sali wszedł ojciec z Hrabią Riario. Biorąc pod uwagę poruszenie i ukradkowo rzucane spojrzenia w tamtą stronę, obecność tego gościa wzbudziła spore zainteresowanie. Nieliczni szeptali dopytując po co tu Riario, inni woleli usunąć się przed bystrym spojrzeniem gościa. Sam hrabia zdawał się nie zwracać uwagi na reakcję arystokracji, wręcz wydawał się rozbawiony sytuacją. Nagle Julienne poczuła obejmującą ją rękę Federico.
- Choćby na spacer panienko, ktoś tu chyba chce zepsuć zabawę Twojej matce – dodał.
- Hrabia zjawił się na zaproszenie ojca, poza tym cóż takiego robi twoim zdaniem, że psuje atmosferę, hmm? – zapytała, figlarnie owijając ciemnego loka wokół palca.
- Wystarczy sama jego obecność. Mówią, że zamordował już tylu ludzi, że sam nie jest w stanie tego zliczyć. Riario jest bezdusznym mordercą, lepiej ostrzeż ojca, by nie próbował nawiązywać z nim bliższych kontaktów.
- Mówią, że młodzi arystokraci robią wszystko, by splamić honor młodych dam i chwalą się przed sobą wynikami. – odepchnęła go brutalnie.
- Julienne to nie prawda, jak możesz tak po mnie myśleć? – obruszył się Federico.
- A ty? Masz dowody na te zbrodnie czy tylko o nich słyszałeś? Powiesz mi kim były ofiary? Z tego, co się orientuję hrabia potrafi skrupulatnie usuwać wrogów króla i szpiegów. – odpowiedziała zaczepnie.
- Zabójstwo to zabójstwo…
- Zaliczanie to zaliczanie. Znajdź sobie kogoś na swoim poziomie i daj mi w końcu spokój! – odwróciła się i ruszyła w stronę wyjścia. Święty czas na mały spacer, dość już miała tych ptasich móżdżków.
Federico przez chwilę czerwony ze złości, po czym odwrócił się i poszedł poszukać towarzystwa wśród młodych córek Costazziego.
- Julienne pozwól na chwilę – ojciec pomachał ręką w zapraszającym geście. Podniosła wzrok i spojrzała swoimi jasnoszarymi oczami na niego. Poczuła, że traci rezon, ale z delikatnym uśmiechem na drobnych ustach podeszła do ojca i zgrabnie skłoniła się hrabiemu.
- To moja najmłodsza córka Julienne, hrabio, a to…. – przedstawił ojciec.
- Girolamo Riario – hrabia skłonił się nie spuszczając z niej oczu i pocałował ją w rękę. Dziewczyna spłonęła rumieńcem i ledwo opanowała dreszcz przebiegający jej po plecach.

- Bardzo miło mi pana poznać hrabio. Cieszę się, że nas pan odwiedził – odpowiedziała ciągle się uśmiechając. Julienne naprawdę cieszyła się z jego obecności.

Riario

Hrabia Girolamo Riario wyszedł z komnaty lekko trzaskając drzwiami. Nie było to zamierzone, przeciąg szalał po zamku od momentu, gdy omal nie zwolnił służby za stan zamkowych okien. Hrabia był wysokim, dobrze zbudowanym człowiekiem o jasnej karnacji i ciemnych włosach oraz zaroście. Zawsze patrzył na innych z góry swoimi brązowymi oczami i prawie nie mrugał, co zwykle przyprawiało wszystkich o dreszcze. Riario słynął ze swojej bezwzględności i budził ogólny postrach, nie tylko na swoim zamku. Jako osoba wpływowa nie mógł sobie pozwolić na słabość czy litość, ale nie można mu było zarzucić niesprawiedliwości. W ostatnim czasie hrabia większość czasu spędzał poza domem, załatwiając różne sprawy dla króla oraz lorda Russoe. Ubijając interesy za północną granicą spotkał się potajemnie ze swoimi informatorami na Kyrolskim dworze i wtedy to dowiedział się o tajnych planach młodego króla, związanych z sukcesywnym podbijaniem terenów Elyrei.
Jednak tego dnia zamierzał skorzystać z zaproszenia hrabiego Ostacco i pojawić się na uroczystym balu zorganizowanym z okazji niedawnych urodzin jego małżonki. W opinii Riario Biagio był niezwykle inteligentną osobą, ale jego wadą była zbytnia uległość i pobłażliwość. Choć miał niewielki oddział oddanych zbrojnych, to chcąc liczyć się na froncie potrzebował sojuszy pozwalających mu dowodzić większą armią. Biagio Ostacco wykazał się wyjątkowymi wręcz zdolnościami taktycznymi podczas odpierania wojsk króla Emeralda cztery lata temu, jednak nie potrafiąc odmówić królowi, posłał większość swoich ludzi na śmierć wiedząc, że ten się myli. Riario poczuł przebiegający po plecach dreszcz podniecenia. Potrzebował chwili wytchnienia od problemów i był niezwykle ciekaw, jak ułoży się jego współpraca z Biagio, choć nie spodziewał się zadowolenia z jego obecności ze strony obecnych na balu arystokratów. Ale nigdy nie przejmował się nędznymi głupcami.
- Jak wrócę liczę na to, że zamek będzie wyglądał jak należy, zrozumiano? – spojrzał z góry na trzęsącą się ze strachu służącą.
- Tak jest hrabio, na pewno będzie hrabia zadowolony – odparła płaczliwym głosem.

- I skończ skamlać, bo nie za to Ci płacę – dorzucił i zawrócił konia, po czym z ledwo widocznym uśmieszkiem pogonił konia do pałacu Ostaccich.

poniedziałek, 16 marca 2015

Elyrea

Podczas gdy słońce chyliło się ku zachodowi w domu rodziny Ostacco ostatnie przygotowania do balu dobiegały końca. Służba co rusz wypatrywała pierwszych gości, stajenny w odświętnym stroju stał na baczność gotowy w każdej chwili zatroszczyć się o każdą zajeżdżającą karocę.  Znudzone czekaniem na gości Beatrice i Carla postanowiły podokuczać Julienne. Młodsza siostra odstawała nie tylko wiekiem, ale i charakterem. W przeciwieństwie do starszych sióstr, Julienne była spokojną, śliczną młodą dziewczyną, którą zdaniem Beatrice ojciec faworyzował. Gdyby jeszcze Julienne poszła w ich ślady, jak to młodsza siostra podglądała, stara się o względy młodych arystokratów, wszystko byłoby w porządku. Ona jednak krótko ucinała wszelkie dyskusje, a siostrom nie raz zarzucała, oczywiście nie w obecności ojca, łatwowierność i zły gust. Beatrice i Carla nie potrafiły zrozumieć, jak Julienne może odrzucać względy tak zamożnych i przystojnych mężczyzn, którzy jedliby jej z ręki, gdyby tylko ich o to poprosiła. Ona jednak zawsze uważała, że szuka czegoś więcej, a przynajmniej oczekuje inteligencji, co nie było zbyt częste.

- Jullieeee dziś znów zrazisz do siebie potencjalnego narzeczonego? – zapytała Beatrice.
- Jeśli okaże się nierozgarnięty i pozwoli sobie na zbyt wiele, to na pewno. – odpowiedziała Julienne.
- Nie masz za grosz rozumu! Masz już piętnaście lat i powinnaś myśleć o swojej przyszłości. – odparła Carla.
- Myślę o niej cały czas, ale nie zamierzam się nudzić z jakimś idiotą! – uniosła się Julienne.
- Powinnaś wykorzystać fakt, że ojciec nie zaaranżował Ci jeszcze małżeństwa! My nie miałyśmy tyle szczęścia, chociaż trzeba mu przyznać, że trafił idealnie – Beatrice uśmiechnęła się lubieżnie.
- Ojciec zawsze Cię faworyzował, zupełnie nie rozumiem za co… - dodała Carla.
- Ojciec obiecał, że nie zmusi mnie do ślubu wbrew woli… - broniła się Julienne.
- Bo to my jesteśmy ważniejszymi kartami przetargowymi, ale nie myśl, że dotrzyma obietnicy! Ptaszki ćwierkają, że nadchodzą ciężkie czasy, na północy może rozpętać się wojna, więc ojciec będzie szukał sprzymierzeńców. Tylko patrzeć, jak i ty trafisz w czyjeś ręce. Może zostaniesz żoną tego tłustego pułkownika? Ojciec od dawna myśli o tym, jak pozyskać jego względy! – Beatrice i Carla zaniosły się śmiechem.
- Nie zrobi tego! Ojciec zawsze dotrzymuje danego słowa! – krzyknęła Julienne.
- Dziewczynki…. – do pokoju wszedł wysoki mężczyzna w średnim wieku. Jego bujne, kręcone ciemne włosy opadały mu na ramiona. – Tyle razy prosiłem was, żebyście sobie nie dokuczały. Na Boga, rodzina to najważniejsze, co macie. W biedzie nie można liczyć na nikogo poza sobą! Jeśli dojdzie do wojny będziecie zdane na siebie. – skarcił je spojrzeniem.
- Ojcze my tylko się droczymy z naszą słodką i naiwną Julienne, która czeka na księcia z bajki. – odpowiedziała Carla.
- Nie księcia, a kogoś z mózgiem większym niż orzech! – oburzyła się najmłodsza córka.
Ojciec zaniósł się śmiechem.
- I masz rację! Jeśli znajdziesz takiego, stanę na głowie, żeby został Twoim mężem, chociaż sądzę, że to on prędzej poprosi o Twoją rękę. – pogłaskał ją. – A co do waszej rozmowy, kocham wam wszystkie tak samo i mam nadzieję, że nie będę musiał tego więcej powtarzać!
- Dobrze już dobrze, tatusiu. Idziemy do ogrodu, póki goście nie przyszli. – odpowiedziała Carla i starsze siostry chichocząc wybiegły z pokoju.




Słowem wstępu

Pierwsza historia przyszła mi do głowy jako funfiction do Demonów Da Vinci. Nie umiem jej opowiedzieć w taki sposób jakbym chciała, ale zacznę ją pisać. O wiele lepiej idzie mi pisanie typowej fantastyki, ale może z czasem skoryguję ten tekst i będzie znośnie :)

I po co to wszystko?

No cześć...Jako że mam już bloga z konkretną historią pisaną wraz z inną osobą, to tutaj będę zamieszczała swoje pomysły i zapiski. Jednym słowem kiedy coś mnie zainspiruję, będę pisała. Żeby pisać. Bo lubię pisać. Bo chcę pisać. Tyle słowem wstępu.
Arien